Trochę trzeba sobie teraz ponarzekać. Na kogo? A na dziecko ;-) Za bardzo nas dziecię rozpieściło przez ostatnie dwa lata, w związku z czym ostatnio, by zachować równowagę w przyrodzie, rozkłada nas na łopatki - a raczej na katar...
Ledwie co dwa tygodnie minęły od uciążliwego 14-dniowego zapalenia oskrzeli z obrzydliwie uporczywym katarem i kaszlem, a tu masz babo placek - Oliwia znów zaczęła smarkać. I zaś trzeba było latać, prosić, a nóż mały smarek da sobie katarek odciągnąć...Już myśleliśmy, że na katarze się skończy, a tu babcia dzwoni, że Oli wyje i wyje, i tym swoim słodziutkim głosikiem mówi że ją uszko boli. Matce ręce opadły, i opadały jeszcze ze sto razy jak próbowała dodzwonić się do przychodni, żeby dziecko do lekarza zapisać. W sumie to przecie matka głupotą się wykazała - bo czy kto widział kiedykolwiek pielęgniarki odbierające telefony w przychodni?!? Przecież one są bardzo zarobione - bo jak matka wpadła jak wicher do przychodni, to siedziały sobie we trzy w rejestracji, podpierając się rękoma i obsługując AŻ dwie osoby. No ręce opadają. Całe szczęście udało się wybłagać wizytę u lekarza - i dobrze, bo rzeczywiście uszko było przekrwione.
Nasz lekarz znów zachwycał się Oliwią, i nie ma się co dziwić. Oli grzecznie siedział sobie na krzesełku, bez protestów dała się przebadać - i uszka, i gardełko i oskrzelka. A matka tylko puchła z dumy, że ma takie grzeczne i rezolutne dziecko. I tylko apteka znów zarobiła okrągła sumkę na chorobie dziecięcia.
Katar trwał nie przepisowe 7 dni, a jakieś 10, ale dziś w końcu mogę napisać że II chorowanie mamy za sobą. Limit na ten rok został już przekroczony...
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz