Chyba nie skłamię, jak napiszę, że dzieciaki uwielbiają malować...A już moje dziecko dostaje świra, jak widzi farbki do malowania. A no właśnie - kto powiedział, że dziecko musi grzecznie kreślić esy-floresy po kartce papieru? Hmmm, tak sobie myślę, że szkrab które siedzi sobie grzecznie nad kartką papieru i tworzy kolejne dzieła sztuki to prawdziwy skarb. Do takiej refleksji skłania mnie obserwowanie szkodnika, który co robi...oczywiście szkodzi i przyprawia matkę o zawał! Zostawienie Oliwii sam na sam z farbkami skutkuje palpitacjami serca i histerią w stylu "...boże jak ja ją domyję!?!?..." Z perspektywy czasu już wiem, że o niebo gorsze są flamastry z IKEI, farby to pikuś - natomiast mazaków nie idzie domyć...pomaga tylko godzinna kąpiel, a i tak schodzi dziadostwo tylko z rąk. Bo przeca dziecko buzi nie będzie trzymać godzinę pod wodą :-). Aczkolwiek Oliwia ma za sobą pierwsze próby nurkowania...
No ale dość tego ględzenia. Przejdźmy do niepodważalnych dowodów, które mówią, że szkodnikowi najlepiej idzie przysparzanie problemów biednej matce...
Akt 1
Hmm, malowanie po papierze jest nudne, ciekawe jak się maluje dłonie...oooo całkiem fajnie...
Akt 2
To może pomaluję sobie całe rączki? Mama chyba nie zauważy...
Eeee, nie podoba mi się ten kolor, a poza tym mama zaraz pewnie będzie krzyczeć, więc trza się wytrzeć.
A co za kolor upodobała sobie Oliwia? A no stary poczciwy niebieski, który na chwilę obecną jest już bury ;-)




Brak komentarzy:
Prześlij komentarz