W styczniu 2012 roku Oliwka dostała kataru, lekarz stwierdził lekkie zapalenie oskrzeli i walnął antybiotyk (niestety :/). 5 dni i córka znowu była okazem zdrowia...Przez kolejne 12 miesięcy żadnego kataru, kaszlu, gorączki spowodowanego chorobą. Na bilansie dwulatka nasz doktorek był w szoku, że dziecko nie chorowało cały rok. Oczywiście pewne osoby typu "dobra rada" twierdzą, że jak tylko Oliwia pójdzie do przedszkola, to się to zmieni :/ Nic nie irytuje mnie bardziej, niż tego typu stwierdzenia...Zwłaszcza że ja chyba ze dwa razy byłam chora, i to nawet dość konkretnie...a wspólnie z tatuśkiem mieliśmy słynną grypę jelitową. I żadnego bakcyla dziecko nie dorwało. A ostatnio to nawet, rządziła z wujkiem który miał coś grypopodobnego i NIC ! No i cóż, niektóre dzieciaki co chwila chorują a nasza ma chyba żelazne zdrowie...i oby tak dalej :P Za rogiem czai się marzec a my nawet katarem nie możemy się pochwalić ;-)
Nooo rozpisałam się strasznie we wstępie, a chciałam tylko napisać, że ostatnio dziecię zaliczyło wymioty - sztuk 5 - w ciągu 1,5 godziny. Nie wiadomo co to było, grunt że szybko przeszło. W sumie to oprócz wymiotów, żadnych innych dolegliwość nie było. Ustąpiły po zastrzyku przeciwwymiotnym i cisza...A dziecku naszemu, nawet ten epizod nie przeszkodził w szaleństwach. W sumie, to gdyby nie portfel uboższy o dość konkretną sumę wydaną na specyfiki, których naszego dziecko w ogóle nie zażyło, to przeszlibyśmy obok tego obojętnie...A tak, to matka ma cierń w oku, w postaci jednego zastrzyku za 26 zł, który leży bezsensownie w apteczce i sterty różnego rodzaju elektrolitów - bo oczywiście zakładam, że już pewnie z tego nie skorzystamy :D Grunt to pozytywne myślenie.
Nooo rozpisałam się strasznie we wstępie, a chciałam tylko napisać, że ostatnio dziecię zaliczyło wymioty - sztuk 5 - w ciągu 1,5 godziny. Nie wiadomo co to było, grunt że szybko przeszło. W sumie to oprócz wymiotów, żadnych innych dolegliwość nie było. Ustąpiły po zastrzyku przeciwwymiotnym i cisza...A dziecku naszemu, nawet ten epizod nie przeszkodził w szaleństwach. W sumie, to gdyby nie portfel uboższy o dość konkretną sumę wydaną na specyfiki, których naszego dziecko w ogóle nie zażyło, to przeszlibyśmy obok tego obojętnie...A tak, to matka ma cierń w oku, w postaci jednego zastrzyku za 26 zł, który leży bezsensownie w apteczce i sterty różnego rodzaju elektrolitów - bo oczywiście zakładam, że już pewnie z tego nie skorzystamy :D Grunt to pozytywne myślenie.
I tak ostatnio sobie myślałam, że hartowanie dziecka wyszło nam na zdrowie. Zawsze się śmiałam, że stosuję zmodyfikowany "zimny wychów". Oliwia płyny spożywa w temperaturze pokojowej, chłodne, zdarzyło się, że zimne...absolutnie jej nic nie podgrzewam - nie widzę w tym sensu. Od dawna ubieram ją tak jak siebie - czyli stosownie do panującej temperatury na dworze. Nie ma nic gorszego, niż rodzic w krótkim rękawku i naubierane, czerwone i spocone dziecko u boku :/ - częsty widok na ulicach. Nieraz Oliwia była ubrana cieniej niż starsze od niej dzieci. A już czapka to tylko w ostateczności - nie wieje, jest ciepło, to na co to ubierać. Loda latem też dostała, a jakże, i to mimo tego, że miała 1,5 roku (oczywiście sorbetowego, bo innego dziadostwa do ręki jej nie dam :D ) Przykładów można by mnożyć, a zresztą każdy rodzic robi to co uważa za słuszne dla swojego dziecka. Oliwia ma końskie zdrowie i oby tak dalej...
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz