Ostatnio jesteśmy na etapie wspólnego robienia wszystkiego...Mama robi obiad, Oliwia też chce. Mama sprząta, Oliwia też chce. Mama idzie tam gdzie król chodzi piechotą, Oliwia też - a jakże!
Nie powiem, całkiem to fajne, możemy razem coś porobić - na przykład ostatnio piekłyśmy razem ciasteczka...Mama wałkowała ciasto, Oliwia też, razem wykrawałyśmy też ciasteczka foremkami ;-) Wszystko ładnie pięknie, cud, miód i malina...ale i zgrzyty były. Mianowicie sprzętu kuchennego było za mało jak na dwie kucharki. Wyrywałyśmy sobie z rąk wałek do ciasta - i jako że obydwie charakterek mamy całkiem, całkiem - to nerwowania było dużo. Skończyło się na tym, że Oliwia rzuciła wszystkim i wyszła :D
Wniosek na przyszłość jest jeden: trzeba obejść sklepy z zabawkami i kupić dziecięciu własny zestaw do pieczenia...
A żeby było wesoło, tegoż samego wieczora córka ma, miała bliski kontakt z futryną...Tak bliski, że na pamiątkę została nam na czole przepiękna śliweczka węgierka :D Chyba czwarta w tym roku...Patrząc na to zdarzenia z pozytywnego punktu widzenia, to matkę widok wielkiego guza pomału przestaje ruszać, za to w kilka sekund po wyrośnięciu guz jest już smarowany altacetem a potem dziecię dostaje opiernicz za to, że nie uważa :D
A pamiętam pierwszego guza - oj to była histeria - matki oczywiście :D



Brak komentarzy:
Prześlij komentarz